Philips Hue

05 lipca 2015

Jak wydałem worek pieniędzy na kilka żarówek.

Kiedy pierwszy raz przeczytałem o Philips Hue w iMagazine byłem pewny, że kiedyś je kupię. Mieszkaliśmy wtedy z niedużym, wynajętym mieszkaniu w kamienicy i irracjonalnym byłoby myśleć o budowaniu jakiegokolwiek spójnego systemu oświetlenia. Po przeprowadzce do własnego mieszkania i długim remoncie postanowiłem zrobić sobie nagrodę i kupić zestaw Hue. Chciałem głównie nagrodzić się za to, że przeżyłem ten koszmar. Może kiedyś zbiorę się na odwagę i opiszę ten przyspieszony kurs nadzorcy i budowlańca w jednym.

 

IMG_1117

Na szczęście udało mi się wyrwać te żarówki za sporo mniejszą niż domyślne 900 zł cenę. Miałbym problem w sumie, żeby sam przed sobą uzasadnić wydanie takich pieniędzy na bądź co bądź zestaw żarówek. Całość przyszła pocztą, opakowana w fajne pudełko. Cała konfiguracja sprowadza się do wkręcenia żarówek (co zdaje się raczej oczywiste) i wpięcia mostka który tłumaczy polecenia programów na „język” żarówek i łączy je z internetem. Najlepsze jest to, że jeżeli nie chcemy korzystać z funkcji innych niż podstawowa, czyli świecenie prostym ciepłym światłem używamy po prostu przełącznika na ścianie. Po wyłączeniu i włączeniu żarówka zawsze wraca do domyślnych ustawień – świeci z pełną mocą ciepłą biała barwą.

IMG_1118

Najciekawsze są oczywiście ustawienia dostępne z poziomu aplikacji. W appstore znajdziemy ich bardzo dużo. Oczywiście dostępne są również na inne systemy mobilne i desktopowe. Wiele z nich oferuje bezużyteczne dla mnie funkcje. Mogą migać w rytm muzyki, świecić na czerwono, kiedy przychodzi SMS, mail lub tweet, mogą zmieniać kolor zależnie oo pogody lub dostosować oświetlenie do scen oglądanego filmu lub meczu. Z mojej perspektywy większość z nich jest po prostu efekciarska i nadaje się do jednorazowej zabawy. Niektóre z nich jak Hue Remote, Invadr mają fantastyczne interfejsy. Samo patrzenie na nie jest przyjemne. Ciekawy jest też Espresso, który delikatnie animuje światło zmieniając jego barwę i natężenie. Najczęściej jednak i tak korzystam z appki od Philipsa – hue.

 

Podstawowe funkcje są banalne – dotyczą siły światła i jego koloru. Żarówki można grupować i co najlepsze – tworzyć sceny – presety tego jak poszczególne lampy mają się zachować. Naprawdę poświęcenie krótkiego czasu na stworzenie kilku scen na początku używania żarówek pozwala bardzo szybko dostosowywać światło w domu do konkretnych aktywności. Ja u siebie mam np. Film, Przed Snem, Praca przy komputerze, Kolory, Ciepłe itd.

Domyślnie producent przygotował kilka scen dość oczywistych opartych o wpływ koloru światła na samopoczucie i kilkanaście zdjęć na których możemy upuszczać pinezki pobierające kolor. W pierwszą i nie ma co ukrywać częściej używaną przeze mnie grupę grupę wchodzą cztery presety: relaks, koncentracja, czytanie, pobudzenie. Łatwo domyślić się, że relaks to przyjemne ciepłe światło, czytanie mocne o białej ciepłej barwie. Dwa pozostałe są bardzo zbliżone do światła biurowego – jest intensywne i zimne. Dodatkowo aplikacja umożliwia stopniowe wygaszenie światła do snu, budzenie światłem, geofencing – zapalanie światła kiedy zbliżamy się do domu.

Co najciekawsze światłem możemy sterować nie tylko z domu ale po podłączeniu mostka do internetu światło możemy zapalać i gasić z dowolnego miejsca o ile mamy dostęp do internetu.

Pytanie po co to wszystko?

Powodów dla mnie jest kilka.  Nie musimy już losować kto gasi światło, kiedy włączamy projektor ;).

Poważnie, to większość zalet zamyka się w zmianie barwy światła, dostosowaniu do tego tego co się robi, wprowadzeniu przyjemnego nastroju czy delikatnym rozbudzeniu w leniwy, szary zimowy poranek. Po kilku miesiącach z Hue jestem co najmniej pewien, że światło, jego barwa, natężenie naprawdę ma duży wpływ na samopoczucie. Mi przydaje się też w pracy – staram się dbać o oczy i komfort pracy przy komputerze – spędzam przy nim bardzo dużo czasu o bardzo różnych porach. Odkąd wieczory spędzam przy delikatnym neutralnym świetle oczy mniej się męczą0. Ostatnia zaleta może wydać się dziwna ale często, kiedy wyjeżdżamy zdarza mi się zapalić na chwilę światła w mieszkaniu z drugiego końca Polski bo to, by symulować naszą obecność, sami domyślcie się kogo mógłbym chcieć wprowadzać w błąd. Jeżeli do całej tej zabawy dodamy niewielkie oszczędności, które są widoczne na comiesięcznym rachunku to naprawde zaczyna miec to sens.